Jak każdy normalny człowiek
powinnam usiąść do biurka i wziąć się za pracę. Jak każdy normalny człowiek
powinnam na początku załamać się ogromem pracy, jaka mnie czeka. Jak każdy
normalny człowiek powinnam poczuć głód, gdyż nie miałam w ustach nic od siedmiu
godzin. Ale ja nie byłam normalna. Nie byłam nawet człowiekiem… Jedynie zajmowałam ludzkie ciało niczym
pasożyt. Przyczepiłam się do niego jak uparta pijawka. Przypominałam… nie,
jednak nie. Nic nie mogło być podobne do mnie. Jak złodziej odebrałam komuś
ciało, a przy tym i życie.
Byłam czymś w
rodzaju demona. Dokładniej: mieszańcem ducha, śmierci, zręcznego wojownika i
istoty z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Wszystkim , co najgorsze. Zadawano mi
różne misje. Musiałam dokonywać potwornych czynów. Jako demoniczny posłaniec
znajdowałam ciała ludzi, których mieliśmy zaatakować. Zawsze tacy byli. Potem ginęli
z mojej winy, a czasem i ręki, natomiast inny demon, również któryś ze
Zmiennych, mógł zająć jego ciało.
Moim przyjacielem
był Los. Nie bez przyczyny otrzymał takie imię. Gdy dopadł ofiarę, jaką
ścigaliśmy, robił dokładnie to co musiał. Spowodował wypadek, nasłał zabójcę,
podstawił ładunek wybuchowy, zmusił inną osobę do napadu… Miał wiele sposobów
na to, aby szybko pozbyć się „zbędnego balastu”. Ja mu pomagałam, lecz czasem
musiałam odwalić tę brudną robotę. Kilka razy, zostałam zmuszona do tego, aby
zabić. Jednak nie uważałam się za kogoś złego. W rozmyślaniach przeszkodził mi
dzwonek komórki. Nie spojrzałam na wyświetlacz. Odebrałam od razu.
-Kod: M, 19. Przyroda,
Kątnicka- usłyszałam.
-Już
wyrażałam swoje zdanie na temat tych bezsensownych, głupich kodów! Nikt nas nie
podsłuchuje!- zdenerwowałam się. Staruszka siedząca obok mnie na ławce w parku,
popatrzyła z przerażeniem w oczach, po czym szybkim krokiem oddaliła się. Zaśmiałam
się w duchu.
-Ostrożności
nigdy za wiele- odparł mój szef, uśmiechnęłam się pod nosem. Jak zwykle, był
zestresowany, chociaż tylko zlecał nam misje. Wykonanie należało już do nas.
-Dlaczego
akurat on?- powróciłam do naszych interesów, ale jego krótka, jedynie trzywyrazowa
odpowiedź zirytowała mnie. „Los tak chciał”- mi nie wystarczyło.- I tyle?
-Tak.
-W takim
razie jesteś potwornie głupi, ale już chyba kiedyś o tym wspominałam- rzekłam,
po czym usłyszałam ciche chrząknięcie za plecami. Za mną stał policjant i
wpatrywał się we mnie podejrzanym wzrokiem. Za jego ciałem kryła się staruszka,
która jeszcze przed paroma minutami siedziała obok mnie na ławce. Uśmiechnęłam
się do mężczyzny i pokazałam palcem, że już kończę rozmowę.
-Ale to ty
dla mnie pracujesz. Obniżę ci pensję- zagroził.
-Już i tak za
mało mi płacisz.
-To będzie
jeszcze mniej.
-Złamiesz
prawo człowieka.
-Ty nie
jesteś człowiekiem- ze złości przygryzłam wargę. Po chwili poczułam metaliczny
smak krwi w ustach. Ciało człowieka, niech to! Jednak ból, który sobie
sprawiłam nieco mi pomógł.
-Jesteś tam?-
usłyszałam zniecierpliwiony głos po drugiej stronie słuchawki.
-Nie.
- W takim
razie oznajmiam twojej automatycznej sekretarce, że czekam na wypełnioną misję.
Za każdy dzień zwłoki, wezmę sobie dziesięć procent twojej pensji- zagroził. Otworzyłam
usta, aby rzec jakąś ciętą ripostę, jednak usłyszałam jedynie trzaśnięcie
słuchawką i denerwujący dźwięk ogłaszający przerwaną rozmowę. Rozłączył się. Palant.
Z uśmiechem
na twarzy odwróciłam się do policjanta, który nadal czekał, aż skończę
rozmawiać. Jednak już teraz rozszyfrowałam kod. Dziewiętnastolatek z uniwersytetu
przyrodniczego, mieszkający na ulicy Kątnickiej, właśnie stanął mi na drodze. Przez niego
miałam kolejną brudną robotę do wykonania i znowu musiałam cofnąć się na
studia. Ta perspektywa mnie nie radowała. Miałam nadzieję, że to nie ja będę
musiała odebrać mu życie. Popatrzyłam na policjanta, który zmarszczył brwi oraz
staruszkę patrzącą na moją osobę z wyższością. Jeszcze się policzymy,
pomyślałam. I właśnie wtedy…