niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział 17

Przepraszam, że nie dodałam rozdziału wczoraj, tak jak powinnam. Przyjechała do mnie koleżanka i cały dzień spędziłyśmy na spacerach w blasku palącego słońca oraz na piciu Coli i rozmowie :D 
Mam nadzieję, że ten rozdział przypadnie Wam do gustu :) 
Następny pojawi się 3 lipca (piątek). Potem będzie długa przerwa, ponieważ wyjeżdżam na obóz językowy ^^ Wracam dopiero 16 lipca (czwartek). 
Ci, którzy niecierpliwie będą czekać na rozdział 19, niech piszą na maila: skrytobojczyni.lena@op.pl , a wtedy wyślę tej osobie kolejny wpis, który pojawi się dopiero po moim powrocie z wyjazdu :) 
Życzę przyjemnego czytania! :* 
PS Pamiętajcie, żeby smarować się kremem z filtrem, gdy idziecie się opalać!!! :P xD
________________________________
„Uratujemy twój słuch, lecz coś przez to utracisz”. Z niedowierzaniem wpatrywałam się w Los, a potem swój wzrok skierowałam na Apokalipsę. Uśmiechnęła się do mnie i zaczęła coś mówić. Moja twarz stężała i posmutniała w jednej chwili. Zauważyła to. Jej usta przestały się poruszać i poczułam, jak ktoś objął mnie od tyłu. Odwróciłam się i zobaczyłam Patryka, który delikatnie głaskał mnie po włosach. Jeden z nich nawinął sobie wokół palca i posłał mi serdeczny uśmiech.
-Co utracę?- wydukałam, chociaż nadal nie byłam pewna swoich słów. Dlaczego nie mogłam odsunąć się w odpowiedniej chwili, kiedy demon rzucił na mnie zaklęcie? Czy może mnie przeklął? Ta myśl sprawiła u mnie nieprzyjemne dreszcze. Po jakichś trzech minutach otrzymałam odpowiedź na kartce. Wzięłam ją do ręki i zaczęłam czytać w myślach.
„Podobno za powrócenie jednego zmysłu, trzeba zapłacić drugim. Jednak demon, który cię zaatakował wyjawił nam łatwiejszy, aczkolwiek bardziej makabryczny sposób. By uratować twój słuch, musimy użyć do tego jego i twojej krwi. Możliwe, że wtedy stracisz swoje niektóre wojownicze zdolności. Tak mi przykro, Lena.”.
Los patrzył na mnie z troską, a ja w miarę jak czytałam, marszczyłam brwi. Jak to? Miałabym przestać polować? Byłam demonem, który odbierał ludziom ciała dla innych demonów. Mówiłam o sobie niepochlebne rzeczy, często narzekałam na to, że nie wykazuję ludzkich uczuć, a teraz nie mogłam sobie wyobrazić, że zaprzestanę swojej pracy. Może nie każdy nazwałby ją właściwą, ale ja tak. Nie chciałam się zgodzić na ten warunek, który druzgotał moją przyszłość.
-Ja… nie mogę- szepnęłam. Popatrzyli na mnie z nieskrywanym zdziwieniem.
Ja natomiast swoje oczy kierowałam po kolei na każdego z nich. Zaczęłam od Apokalipsy. Jej niedowierzanie oraz zdumienie widziałam aż nadto, kiedy spuściła głowę, a jej powieki zaczęły opadać. Nadal mocno trzymała mojego napastnika, którego nadgarstki zaczęły krwawić przez zbyt mocno związane więzy. Potem spojrzałam właśnie na niego. Jego nieobecny wzrok oraz brak poczucia winy, jaki tak bardzo chciałam zobaczyć, wywoływały u mnie większą złość. Zgrabna sylwetka czy brązowe włosy opadające kaskadą loków na jego ramiona, robiły na mnie wrażenie. Wcale nie chciałam, żeby tak było, ale nie mogłam z tym walczyć. Kolejną osobą, którą postanowiłam przejrzeć stał się Los. Posyłał mi zatroskane spojrzenie, świadczące o jego podłym samopoczuciu. Widziałam w nim ukrytą chęć do pozbawienia życia złego demona już teraz, zauważyłam też zmarszczki na jego czole, jakie pojawiały się zawsze wtedy, gdy się za coś obwiniał. Stał w pozycji gotowej do ataku, gdyby taki nastąpił, jednak zupełnie wyluzowana postura demonicznego przestępcy wskazywała na brak ochoty do kolejnych bójek. Nie dziwiłam mu się. Na ciałach mych przyjaciół zauważyłam ledwie dostrzegalne znaki tego, że walczyli, na nim okazały się dużo wyraźniejsze. Zaschnięta krew na środku koszuli czy rozcięta warga, która właśnie zaczynała puchnąć sugerowała na brutalne traktowanie ze strony moich obrońców. Ostatnie spojrzenie skierowałam w stronę Patryka. Mężczyzna patrzył na mnie z niepewnością w oczach, ale też troską i czymś, co przywodziło mi na myśl miłość. Czy jednak nie pomyliłam go z pożądaniem? Ostatnimi czasy bałam się, że wcale go nie kochałam, a jedynie pożądałam i tylko dlatego, że jako demon nie mogłam kochać.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu szefa, lecz nigdzie go nie znalazłam. Zdziwiłam się jego nieobecnością, gdyż jeszcze przed chwilą stał obok Losu i przez chwilę o czymś dyskutowali. Zmarszczyłam brwi. Patryk zauważył ten podejrzany odruch, wyrwał kartkę z mojej ręki oraz długopis z dłoni mego przyjaciela, po czym zaczął coś prędko pisać. Po chwili podał mi zapisany tekst, a ja z zapartym tchem czytałam: „Lena, czy coś jest nie w porządku?”. Wypisane słowa tłukły się w mojej głowie.
Ale nie zdążyłam odpowiedzieć. Popatrzyłam na Apokalipsę, za nią stał mój szef. Nie zdziwiłabym się tym widokiem, gdyby nie pewien szczegół, jaki pozwolił mi myśleć o zdradzie. Mężczyzna w jednej ręce trzymał sztylet, którym rozcinał więzy krępujące demona, a w drugiej miał tę samą broń, tyle że przykładał ją do gardła mojej przyjaciółki.
-Nie!- krzyknęłam z rozpaczą, ale brakowało mi siły, by podbiec do niego i zwalić z nóg.- Zostaw ją!- wrzasnęłam głośniej, chociaż brak słuchu nadal bardzo mi doskwierał. Szef coś powiedział, ale nie usłyszałam go. Los już popędził w stronę zdrajcy. Chciał go powalić gołymi rękami. Patryk złapał mnie za ramiona i przytrzymał, jakbym rzeczywiście mogła tam pomóc.
Z szyi Apokalipsy popłynęła strużka krwi. Zamarłam. Wstrzymałam oddech tylko po to, aby kilka sekund później wypuścić go ze świstem, kiedy szef razem z demonem zmienili się w jedną wielką chmurę dymu. Gdy ten rozszedł się w powietrzu, zdrajców już nie było. Chciałam krzyczeć z rozpaczy, jaka mnie ogarnęła. Brak krwi mojego napastnika znaczył dla mnie tylko jedno: wieczne pozbawienie zmysłu słuchu.
Patryk szeptał mi coś do ucha. Czułam powietrze, które łaskotało mnie w tym miejscu. Ciepło ogarniające bok mojej szyi i rozwiewające długie, blond włosy. Pewnie mówił do mnie słowa pocieszenia, ale te zupełnie mnie nie obchodziły. Co mi po słowach, jeśli nadal nic nie słyszę?
Po chwili, wyrwałam się z jego uścisku i pobiegłam w stronę Apokalipsy. Szybko wzięłam jej dłoń z rany na szyi, gdzie próbowała zatamować krwawienie. Czy jej śmierć oznaczała koniec świata dla wszystkich? To pytanie zawisło w moich myślach. Jednak doszłam do wniosku, że szef nie byłby na tyle głupi, aby doprowadzić do prawdziwej apokalipsy, jaką zapowiedziano.
-Daj- rozkazałam jej, a ona dopiero wtedy wzięła swoją dłoń. Zobaczyłam, że rana jest zupełnie płytka, a krew już powoli krzepła. Odetchnęłam z ulgą. Oderwałam kawałek materiału z dołu swojej bluzki i przyłożyłam jej do szyi. Przycisnęła ją lekko, ale na tyle, by móc oddychać. „Z pewnością, po ranie zostanie jej blizna.”-myślałam.
Jednak coś zupełnie innego przykuło moją uwagę. Jedno słowo, które udało mi się usłyszeć, lecz nie potrafiło mnie do końca pocieszyć: „zdrajca”. Czy słuch mi powracał? W moich oczach zawitał płomyk nadziei. Ale ta szybko zniknęła, kiedy zobaczyłam więcej otwartych ust mych przyjaciół, którzy przez cały czas nimi poruszali. Rozmawiali, a ja nadal nic nie słyszałam. „Ten wyraz był zapewne jedynie  głośną myślą w mojej głowie, stąd wydaje mi się, że usłyszałam go naprawdę”- stwierdziłam. Nie pocieszyło mnie to.
Podeszłam do zgromadzonych osób, jakie utworzyły coś na znak półkola i gorąco o czymś rozprawiali. Kiedy do nich doszłam, Los od razu chwycił w rękę kartkę, a ja dopiero teraz zobaczyłam, że na jego policzku jest długie nacięcie, jakby ktoś zranił go nożem.
Lena…- cichy szept rozległ się w mojej głowie, ale nie powiedział go nikt z moich przyjaciół. Nie znałam tego głosu. Chociaż nie. Znałam go, tylko nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli, że on powrócił. Ten dźwięk, który sprawiał u mnie dreszcze, a wśród swych słuchaczy wzbudzał lęk i doprowadzał do paraliżu.
Otwórz oczy. „Nie każ mi tego robić!”- krzyknęłam do głosu w głowie, ale nie usłuchał.

Moja perełko…
___________________________
Do następnego wpisu! :*
Wasza Amy...

sobota, 20 czerwca 2015

Rodział 16

Cześć! Kolejny rozdział wrzucam dzisiaj, a następny ukaże się 27 czerwca. Mam nadzieję, że będzie udany i spodoba się Wam! :) Miłego weekendu! :*
Życzę przyjemnego czytania! :D
_________________________
Poczułam ból. Ktoś mocniej mnie spoliczkował, a ja byłam wdzięczna za ten bolesny ruch. Otworzyłam oczy i miałam ochotę krzyknąć, że wszystko powróciło do normy, ale wcale tak nie było. Przy łóżku widziałam szefa i Los pogrążonych w rozmowie. Nie patrzyli na mnie, chociaż z ruchu ich warg wyczytałam kilka razy moje imię. Spojrzałam na nich ze zdziwieniem, ale właśnie wtedy uświadomiłam sobie coś, co wywołało u mnie nagły atak paniki. Nic nie słyszałam! Usta mężczyzn poruszały się, wyraźnie mówili coś na głos. Okno w sypialni zostało otwarte, a centrum miasta z pewnością było głośne. Jednak straciłam słuch!
Gwałtownie zerwałam się z łóżka. Popatrzyli na mnie, Los złapał moją rękę i przycisnął do swojej piersi. Coś do mnie mówili, ale nie słyszałam ich. Podbiegłam do okna, wyjrzałam przez nie. Zobaczyłam dzieci biegające w parku, psa, który obecnie szczekał, co mogłam ocenić po jego ruszającym się pysku i uciszających gestach jego właścicielki. Nadal w moich uszach był jedynie dziwny szum, a co jakiś czas całkowita cisza. Co się ze mną działo?!
Po chwili ktoś złapał mnie od tyłu. Pociągnął w swoją stronę, aż potknęłam się i wylądowałam plecami na jego twardym, umięśnionym brzuchu. Los mocno mnie trzymał, a ja odwróciłam się i popatrzyłam na niego ze łzami w oczach. Wiedział, co się stało. Coś do mnie mówił, wciąż powtarzał jedno słowo, ale nie rozumiałam go. Nigdy nie uczyłam się czytania z ruchu warg! Ta wiadomość zirytowała mnie, a dalszy brak zmysłu słuchu doprowadził mnie do totalnej rozpaczy.
-Nie!- wykrzyknęłam, chociaż nie wiedziałam, czy dobrze wypowiedziałam to słowo. Nie słysząc swego własnego głosu, nie byłam nawet pewna, czy właściwie wypowiedziałam te wszystkie litery. Los przycisnął moją głowę do swojego ramienia, a ja zaczęłam płakać w jego koszulkę. Po chwili opanowałam się, widząc, że jego bluzka jest już zupełnie przemoczona.
Szef powiedział coś do Losu, ale nie miałam pojęcia, co. Ten fakt zirytował mnie do tego stopnia, że wyrwałam się z objęć mężczyzny i z całej siły kopnęłam drewniane drzwi. Miałam nadzieję, że wypadną z zawiasów albo zrobię w nich wielką dziurę. Jednak nic takiego nie nastąpiło, a ja wydałam z siebie gardłowy dźwięk.
Moje oczy zarejestrowały gwałtowny ruch mężczyzn, którzy odwrócili się w stronę wyjścia. Odsunęłam się od drzwi, nie wiedząc, co się dzieje. Czyżby ktoś się zbliżał? Po chwili, dowiedziałam się, na co tak wyczekiwali. W progu stanął Patryk. Zdezorientowany patrzył na scenę przed jego oczami: dwóch mężczyzn- starszego i młodszego- z poważnymi minami oraz na zapłakaną kobietę z zaczerwienionymi oczami. Oddychałam głęboko. Wydawał się taki… beztroski, chociaż w jego wyrazie twarzy zauważyłam również smutek i ból. Zapewne, przeżywał jeszcze moje okrutne kłamstwo. Podbiegł do mnie. Myślałam, że chce mnie przytulić, ale zatrzymał się raptownie metr ode mnie i stanął jak słup soli. Posłałam mu zirytowane spojrzenie. Otworzyłam usta, aby wydusić z siebie przeprosiny, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zastygły, lecz tym razem nie z niemocy, ale z mojego własnego poddania się tej próbie.
Powiedział coś, ale znowu nie wiedziałam, co. Zobaczyłam, jak Los otwiera usta i odwraca się w naszą stronę. Czyżby zamierzał mu powiedzieć, co tu się wydarzyło? Dostrzegłam ostatnią szansę,  w której mogłam przeprosić Patryka bez jego współczucia, które na pewno poczuje wobec mnie, gdy dowie się prawdy.
-Przepraszam- wyszeptałam. Gardło mnie paliło, a jednak to słowo padło z moich ust i byłam z tego zadowolona. Teraz ze zniecierpliwieniem czekałam na reakcję Patryka. Ku mojemu smutkowi zaczął coś mówić. Położyłam palec na jego wargach. Spojrzał na mnie zaskoczony. Dopiero teraz odezwał się Los.
Domyśliłam się, że powiedział mu o mojej utracie zmysłu słuchu. Szybko odwrócił spojrzenie z twarzy mego przyjaciela na mnie i zrozumiał mój gest, gdy wskazałam na swoje ucho. Złapał mnie za ramiona i przesuwał dłońmi powoli w dół mojej szyi. Nie chciałam mu przerywać, ale to on to skończył.
-Kłamałam- wykrztusiłam.
Miałam nadzieję, że wie, o co mi chodziło, i że dobrze wypowiedziałam ten wyraz. Trudno było mówić cokolwiek, gdy nie słyszało się nawet własnego głosu. Jednak wszystko zrozumiał. Spojrzał na mnie wyrozumiale i rozpoczął to, co wcześniej zaczął. Kiedy jego dłonie zatrzymały się na moich obojczykach, poczułam mrowienie i przyjemne dreszcze. „Idź dalej!”- ponaglałam go w myślach, ale przecież tych nie mógł usłyszeć. Przerwał tę wspaniałą chwilę i spojrzał na zgromadzonych mężczyzn. Mój szef miał niewyraźną i nie do końca szczęśliwą minę, natomiast Los posłał mi zagadkowy uśmiech, chociaż widziałam w nim brak ufności względem Patryka. Wymienili między sobie kilka tajemniczych dla mnie zdań, a ja w tym czasie szybko podbiegłam do biurka. Chwyciłam kartkę i ołówek i napisałam: „ Co się dzieje?”. Zrobiłam to na tyle szybko, że nie zdążyli wyjść z pokoju. Przeczytali moje zadane pytanie i zrobili zatroskane miny.
„Wszystko będzie dobrze”- taką odpowiedź otrzymałam od szefa. Każdy miał mi odpowiedzieć na tej samej kartce papieru. Spojrzałam na niego ze zrozumieniem, ale też nieskrywaną rozpaczą. Teraz nadeszła kolej mego przyjaciela.
„Nie martw się. Znajdziemy sposób na przywrócenie twojego słuchu. Zostawimy was na osobności. Nie okłamuj go już. Kocham cię.”- dłuższa wypowiedź Losu sprawiła, że w moich oczach na powrót zakwitła nadzieja.
Czekałam na Patryka, który miał teraz napisać to, co chciał mi powiedzieć. Jednak nie podszedł do kartki. Dopiero, gdy tamci wyszli, on ruszył do mnie. Pokazał na mnie palcem, a potem skierował go w stronę swego serca i wolno poruszał ustami. Zrozumiałam jego romantyczny gest.
-Też cię kocham- wyszeptałam i przytuliłam się do niego.
Pocałowaliśmy się. W tym czasie, zdjęłam jego koszulkę, a on podwinął do góry moją. Czułam jego ręce na moich plecach, potem karku, szyi, obojczykach… Przestał dopiero, gdy doszedł do mostka. Spojrzał na mnie pytająco. Chciałam mu niemal krzyknąć: „Zróbmy to!”, ale wiedziałam, że to niewłaściwe. Chwyciłam jedną z jego dłoni, chociaż tak bardzo chciałam zrobić to dwoma rękoma, ale gips nadal uniemożliwiał moje ruchy. Poczułam jego szorstką skórę, a zarazem niezwykle delikatną, poczułam wyraźne mięśnie brzucha, gdy przesuwałam po nim naszymi dłońmi, poczułam mrowienie, kiedy dotykałam jego nagich pleców. Czułam podniecenie i tak bardzo chciałam, aby to nieprzyzwoite pożądanie wzięło nade mną górę. Lecz czułam, że to nie ta chwila.
Po kilku minutach, w czasie których całowaliśmy się i przytulaliśmy, położyliśmy się obok siebie na łóżku. Stykaliśmy się jedynie dłońmi, ale oparłam swoją głowę o jego ramię. Nie chciałam niczego więcej. Albo właśnie chciałam. Niesamowicie tego pragnęłam, tylko wiedziałam, że to nieodpowiednia chwila. Marzyłam o tym, lecz nie teraz. Leżeliśmy obok siebie w zupełnej ciszy. Nic nie mówiliśmy. Co jakiś czas przesuwałam dłonią po jego nagim torsie, a on głaskał mnie po włosach. Naszą romantyczną chwilę przerwało pukanie do drzwi. Nie słyszałam go, jednak Patryk wykonał dosyć wyraźny gest, dzięki czemu wiedziałam, co się dzieje. Szybko włożył koszulkę, a ja usiadłam na łóżku. Do pokoju wszedł zdyszany Los. Jego twarz wyrażała zdenerwowanie oraz pośpiech, który potwierdzały czerwone policzki oraz pot spływający mu po czole.
-Co się stało?- spytałam, nie wiedząc, czy rzeczywiście to powiedziałam.

Podbiegł do biurka i napisał coś na kartce. Śpiesznie mi ją podał, a ja przeczytałam napisaną naprędce wiadomość tak szybko, jak jeszcze nigdy. „Lena, marzenia się spełniają”. Nic z tego nie rozumiałam, więc posłałam mu pytające spojrzenie, a on złapał mnie za nadgarstek i gwałtownie wyciągnął z pokoju. Wyszliśmy z domu, a za nami biegł zdumiony Patryk. Nawet w najlepszych snach nie wyobraziłabym sobie czegoś takiego. W parku na ławce siedziała Apokalipsa, trzymając za kołnierz mężczyznę, który mnie zaatakował. Miał związane ręce i nieobecny wzrok. Na jego twarzy widniały świeże siniaki i zadrapania, a na ubraniu widziałam jeszcze niewyschnięte plamy krwi, świadczące o niedawnej bójce. Obok niego stał inny demon z mojego rodzaju- Zmiennych, który wyciągnął dłoń, na której zobaczyłam małą buteleczkę z zielonkawym płynem. Los uśmiechnął się do mnie. Patrzyłam zdezorientowana, nie mogąc niczego zrozumieć. Dopiero po chwili, przyjaciel podał mi kartkę, z której wyczytałam słowa, jakie sprawiły u mnie nieopisaną radość i ulgę, chociaż nie były do końca szczęśliwe. Wypisywano na niej tylko jedno, krótkie zdanie: …
_______________________
Do następnego wpisu!
Wasza Amy... 

niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 15

Hejo! :D Dzisiaj wrzucam już 15 rozdział :) Jeśli się spodoba, to piszcie tutaj : skrytobojczyni.lena@op.pl
Nowy wpis ukazuje się z poślizgiem, za co bardzo przepraszam, ale jeden dzień zwłoki to chyba niewielka tragedia :) 
Następny wpis dodam 20 czerwca. 18 jest wystawianie ocen w mojej szkole- powiało grozą :D Powodzenia w Waszych szkolnych staraniach! :*
Życzę miłego czytania! :)
_______________________________
Moje snucie planów na odkręcenie całej beznadziejnej sytuacji, przerwał dzwonek do  drzwi. Nie miałam siły wstać, tym bardziej, że nie wiedziałam, kto przyszedł. Spodziewałam się kolejnego ataku ze strony demonów, ale o dziwo, tak się nie stało. Nie otworzyłam. Po chwili i tak usłyszałam, jak ktoś wszedł do środka. Bałam się, jednak nie mogłam się nawet ruszyć. Sparaliżował mnie ból w lewej ręce pod grubym i twardym gipsem oraz nagłe ukłucie w klatce piersiowej. Rana na powrót się otworzyła. Bandaż przesiąkł krwią. Nie obchodziło mnie to. Mogłam się tutaj wykrwawić, już i tak wszystko schrzaniłam. Wiedziałam zresztą, że za chwilę, krwotok i tak ustanie.
Po kilku minutach usłyszałam szczęk otwieranych drzwi, a także głośne skrzypienie przez nienaoliwione zawiasy. Do pokoju wszedł zupełnie niespodziewany gość. Musiałam wyglądać okropnie. Leżałam na podłodze, ledwie podnosząc do góry głowę, która nagle stała się dla mnie okrutnie ciężka, z mokrego bandażu zaczęło przeciekać coś czerwonego, a do tego dochodziła ręka w gipsie, który bynajmniej nie przypominał już białego koloru. Nosił na sobie, nie tylko oznaki zwykłego użytkowania czy brudu, ale także drobne kropelki krwi, które teraz zakrzepły i utworzyły czarne kropki.
-Podnieś się, przecież jesteś silna- cichy, znajomy szept dotarł do moich uszu. Poczułam, jak ktoś chwycił mnie pod pachy i pomógł usiąść na łóżku. Moje ciało było zupełnie bezwładne. Zamiast utrzymać się w pozycji siedzącej, tak jak chciałam, od razu opadłam na zgniecioną kołdrę i poduszki. Leżałam i wpatrywałam się w ciemne oczy szefa.
-Co szef…- wychrypiałam. Nie zdążyłam dokończyć pytania. Na szczęście zrozumiał, co mnie dręczyło.
-Wszyscy Zmienni mają w swoich nadgarstkach coś na znak mapy, która pokazuje mi, gdzie znajduje się w danej chwili. Dzięki temu cię znalazłem, a poza tym dowiedziałem się o ataku. Bardzo mi przykro, Lizzy.- mówił, używając do rozmowy mojego pseudonimu z pracy. Nigdy nie chciał zwracać się do mnie prawdziwym imieniem.-Demon, który cię zaatakował nie pochodzi z mojego stowarzyszenia demonów. Nie spodziewałam się, że przybędzie jeszcze ktoś, komu zacznie zależeć na śmierci twojej ofiary.
-Może chodziło mu o mnie?- mój głos się polepszył, kiedy wypiłam połowę szklanki wody.
-Nie wiem, może. Nie rozumiem tylko, po co. Nie jesteś wyjątkowa.
-Dzięki- mruknęłam z sarkazmem.
-Wiesz, o co mi chodzi.- powiedział zirytowany.-Posłuchaj: trudno jest kogoś całkowicie uzdrowić, tym bardziej, że do twojego ciała dostała się trucizna.
-Trucizna?- popatrzyłam na niego z niedowierzaniem i przerażeniem w oczach.
-Chyba bywało już gorzej, a nawet wtedy nie bałaś się, aż tak jak teraz. Ale prawda jest taka, że demon nie użył wobec ciebie zwykłej broni. Nie mam pojęcia, od kogo otrzymał tak silną klątwę, która cię zraniła. Musiał wypowiedzieć te słowa bardzo cicho albo nawet w myślach. Tylko, że takie zaklęcia działają jedynie z ust najsilniejszych magów. Chyba, że…
-Że co?- nie wytrzymałam.
-Mógł być mieszańcem.
Odpowiedź szefa zbiła mnie z tropu. Już samo pojawienie się go w takiej chwili uważałam za coś bardzo dziwnego, wręcz podejrzanego, ale jego pomysły dawały mi dużo do myślenia.
-W takim razie nie mógłby należeć do żadnego stowarzyszenia. Nikt nigdy nie chce mieć u siebie mieszańców, bo są nieprzewidywalni i nigdy nie służą uczciwie swym panom.
-To prawda. To jednak wyjaśniałoby jego zręczność oraz potężne zaklęcie, które może cię zabić. Krew demona oraz krew maga to nie taka błaha sprawa.
Zatrzymałam się przy słowach, które oznaczały dla mnie śmierć. Nie chciałam umrzeć, nie teraz, kiedy większość rzeczy zaczęła nabierać jakiegokolwiek sensu. Chociaż obecna myśl, jaka przyszła mi do głowy, tylko zmroziła mi krew w żyłach. Pojawienie się mieszańca oznaczało zarazem powrót mego ukochanego z pierwszej miłości, a to prowadziło dalej do wielu śmierci, a może nawet wytępienia wszystkich stworzeń, które nie byłyby takie jak on. Demony, ludzie czy Opiekunowie- wszyscy z nich straciliby życie. Przeżyliby tylko mieszańcy.
-Lizzy, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- powątpiewający i nieco gniewny głos szefa wreszcie dotarł do moich uszu.
-Nie, znaczy tak, znaczy… Ech, nieważne.- poddałam się zbędnym tłumaczeniom.- Zastanawiam się, czy to ma związek z… sam wiesz, kim.- wydukałam.
-Przecież on zginął!- szef niemal krzyknął te słowa, rzucając mi zirytowane spojrzenie.
-Owszem, ale czasem mieszańcy ożywiają. To jedno z ich przekleństw. „Wielu z was pozostanie nieśmiertelnymi i będzie się ukrywać przed światem”- tak mówił Wielmożny Doktor.
-Naprawdę go słuchałaś, Lizzy? Przecież już stracił swoje stanowisko!

Naszą rozmowę przerwał huk. Dlaczego wciąż działo się coś takiego? Spojrzałam w stronę otwartych na oścież drzwi, prowadzących do sypialni, ale niczego nie zobaczyłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że ten hałas tylko sobie wyobraziłam. Szef mówił dalej, chociaż posyłał mi zatroskane spojrzenie, a ja nie słyszałam nic z tego, co wypowiadał. Widziałam jak jego usta się poruszają, widziałam jak wstał i złapał mnie za odrętwiały nadgarstek, widziałam jak lekko uderzył mnie dłonią w policzek. Ale te wszystkie ruchy jedynie rejestrował mój zmysł wzroku. Przeraziła mnie perspektywa, że właśnie tracę słuch. Ból spowodowany spoliczkowaniem również dotarł do mnie zaledwie w połowie. Spojrzałam z przerażeniem na szefa. Jeszcze nigdy się tak nie bałam. Otworzyłam usta, aby powiedzieć, co się ze mną dzieje, ale pozostały otwarte i bezwładne. Nie czułam ich. Nie mogłam nic mówić, nic nie słyszałam, zewnętrzne bodźce czułam tylko trochę. Ogarniała mnie panika. Czy zaczęłam tracić zmysły?! Czy tak działała trucizna, jaką zaatakował mnie demon?! Czy właśnie miałam umrzeć?! Moje oczy zarejestrowały ostatni obraz z pokoju, który powoli ogarniał mrok: tajemniczą sylwetkę człowieka, który podbiegł do mojego łóżka, złapał mnie za nadgarstek. Nie udało mi się rozpoznać rysów jego twarzy. Powieki mimowolnie mi opadły, a ja nie mogłam już walczyć przeciwko własnemu ciału. Poddałam się, ale właśnie wtedy…
__________________________
Do następnego wpisu! ;)
Wasza Amy...

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 14

Cześć wszystkim Czytelnikom!
Goni mnie czas, 
bo czasu mi brak! 
Do czytania zapraszam Was 
i czekam na Wasz znak! :D
Dzisiaj dopadł mnie humor poety, ale spokojnie: w rozdziale tego nie będzie ;) Oby wpis spodobał się, liczę na Wasze opinie/komentarze, itp. Przypominam o możliwości przesłania swojej oceny lub pytań do mnie na mail: skrytobojczyni.lena@op.pl :)
Życzę przyjemnego czytania! :)
____________________________________
Przebudziłam się. Szybko przypomniałam sobie ostatnie wydarzenia, więc prędko wyciągnęłam sprawną rękę i dotknęłam klatki piersiowej. Nie poczułam nic mokrego, a na palcach nie miałam już krwi. Miejsce, w którym zostałam zraniona, ktoś mi opatrzył, biały i gruby bandaż mocno przyciskał mi okład. Na czole miałam zmoczone chusteczki higieniczne. Chociaż czułam gorący ogień w moim środku, to zimna woda trochę mnie chłodziła. W miarę możliwości, rozejrzałam się po pomieszczeniu, w jakim znalazłam się obecnie. Leżałam na łóżku, przykryta grubą kołdrą. Odkryłam się, aby było mi chłodniej. Koło mnie stała mała drewniana komoda z dwoma szufladkami. Postawiono na niej butelkę jakiegoś syropu, szklankę wody, a także kolejne bandaże i wodę utlenioną. Ściany pomalowano na biało, a tylko jedną na ciemny fiolet. Wyglądało to elegancko i bardzo ładnie. Na suficie wisiała zwykła, szara lampa, w której paliła się tylko jedna żarówka. Czyżby reszta się spaliła?
Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciłam się w tamtą stronę. Zobaczyłam, jak przez próg przechodzi Patryk. Próbowałam wstać, ale nie miałam siły. Z mojego gardła wydobył się cichy jęk. Chłopak szybko zwrócił wzrok w moją stronę.
-Nawet nie próbuj- powiedział i usiadł na brzegu łóżka. Na powrót przykrył mnie kołdrą. Rzuciłam mu zirytowane spojrzenie, ale on przysiadł na materiale w ten sposób, abym już nie mogła się odkryć.
-Tobie nic nie jest?- wychrypiałam. Z trudem mówiłam, chociaż bywały gorsze chwile.
-Nic. Ten idiota zaatakował ciebie. Może pomyliła mu się ofiara- powiedział.- Los opowiedział mi o twoim zleceniu. Czy to wszystko była tylko zwykła gra?- spytał.
W tym pytaniu wyczułam smutek. Wiedziałam, że w to nie wierzy, ale widocznie musiał się upewnić. I właśnie wtedy dostrzegłam małą szansę. Gdybym skłamała i powiedziała, że to prawda, dałby sobie ze mną spokój. Nie musiałby cierpieć, gdyby coś mi się stało, ponieważ wtedy nic by do mnie nie czuł. Tylko, czy ze mną stałoby się tak samo? Nie byłam tego taka pewna. Bałam się, że ja odczuwałabym ten ból spowodowany jego stratą jeszcze bardziej, ponieważ nie mogłabym zatrzymać go dłużej przy sobie. Patrzyłam na niego zakłopotana, a na jego czole powoli tworzyła się tajemnicza zmarszczka. Musiałam coś odpowiedzieć, a przez cały czas żyłam w przekonaniu, że kłamstwo będzie lepsze. Chociaż przez ostatnie mówienie nieprawdy, wszystko skończyło się tragicznie. Może powinnam mu powiedzieć, co naprawdę czuję? Może… Odchrząknęłam.
-Tak.- skłamałam i dalej brnęłam, coraz dalej, coraz dalej w tym kłamstwie.:- Grałam, bo musiałam zdobyć twoje zaufanie. Zawsze tak robię. Z każdą ofiarą.- sieć utkana kłamstwami i sprzecznymi uczuciami wirowała we mnie i zaplatała się coraz mocniej. Niemal czułam jej siłę oraz złość i niedowierzanie malujące się na twarzy mego rozmówcy. Widziałam, jak zacisnął dłonie w pięści, nie wierzył, że to powiedziałam. Zupełnie tak samo jak ja. Nie czułam ruchu moich ust, tak jakby odłączyły się od mózgu, od całego ciała i mówiły to, co chciały. Chociaż byłam święcie przekonana o tym, że postępuję właściwie, w środku buchał ogień i bynajmniej nie z powracającej gorączki, lecz z cierpienia, które sprawiał mi tak bardzo smutny i zawiedziony wzrok Patryka.
-Więc to prawda…- szepnął. W jego oczach widziałam ból. Nie został zraniony, a mimo wszystko wydawało mi się, że to psychiczne cierpienie było dużo gorsze od fizycznego. Przełknęłam ślinę. Chciałam powiedzieć, że kłamałam, ale nie pozwolił mi na to.- Jak wydobrzejesz, to będziesz musiała stąd pójść. Ktoś inny się tobą zajmie. Ja muszę gdzieś iść.
-Gdzie?- spytałam. Bałam się, że postanowił zrobić coś głupiego.
-Dlaczego musiałaś tak mnie zranić?- spytał, a dopiero po chwili postanowił odpowiedzieć na moje pytanie.:- Chyba nie powinno cię to interesować.
-Patryk, ja…
-Nic nie mów!- przerwał mi gwałtownie. Odwrócił się w moją stronę. W jego oczach widziałam prawdziwy sztorm. Wcześniejsza delikatna bryza błękitnego oceanu rozpłynęła się, a sztorm zmienił wodę w granatowo-czarną, tworząc na niej złowieszcze fale.- Ufałem ci! Chciałem ci powiedzieć, że cię kocham! Ryzykowałem życiem, abyś ty mogła żyć!
On mnie kocha. Ta myśl sprawiła, że na powrót serce zaczęło mi szybciej bić. Obecnie to- raczej już kochał. Miałam ochotę rzucić mu się na szyję i krzyknąć, że również czuję do niego miłość, ale nie zdążyłam. Wybiegł z pokoju jak opętany, a ja siedziałam na łóżku. Lekko się podniosłam i podciągnęłam kolana pod brodę. Ręka w gipsie nie pozwalała mi ich złapać, ale z trudem udało mi się wziąć z komody komórkę. Patryk nie zabrał swojej. Nie wiedziałam, jak mam się z nim skontaktować. Zadzwoniłam do Losu. Całe szczęście, że jego numer znałam na pamięć. Tym razem odebrał od razu, już po pierwszym sygnale.
-Słucham?- jego delikatny, męski głos rozległ się w słuchawce i doszedł do moich uszu. Zatrzęsłam się z nadmiaru wielu, do tej pory, nieprzyjemnych wrażeń.
-Los? Posłuchaj: Patryk gdzieś wyszedł. Był zły, bo…- zawahałam się.- bo go okłamałam.
-Dlaczego ostatnimi czasy wszystkich oszukujesz?- spytał z drwiną i zdumieniem.- Lena, pewnie poszedł oddać się w ręce demonów.
-Co?! Nie! Uratuj go!- krzyczałam do słuchawki. Przez krzyki nie usłyszałam, jak drzwi frontowe się otworzyły.
-Dobrze. Zrobię, co się da- odpowiedział.
-Dzięki, Los. Kocham cię!- prawie wyszeptałam i odłożyłam komórkę na miejsce.
Kiedy to zrobiłam, nade mną stał Patryk i patrzył na mnie z większym smutkiem w oczach. Już miałam się odezwać i powiedzieć mu całą prawdę, gdy chwycił gwałtownie komórkę.
-Zapomniałem wziąć telefonu. Ale teraz przynajmniej wiem, dlaczego mnie nienawidzisz. To Los jest twoim…- słowo uwięzło mu w gardle.- chłopakiem?- dokończył, ale nie pozwolił mi na tłumaczenia. Wybiegł z pokoju.
Wyskoczyłam z łóżka, chcąc za nim pobiec. Ale od razu upadłam na podłogę. Teraz moje życie mogło już się skończyć. Naprawdę, nie musiałam nadal żyć.

Jak miałam go nienawidzić? Nienawidzić Patryka, który namącił w moim życiu? Nienawidzić człowieka, którego kochałam z całego serca? Teraz rozumiałam, że kłamstwa potrafiły tylko wszystko niszczyć. Teraz rozumiałam, że jestem kompletną idiotką. Teraz rozumiałam, że muszę coś zrobić, bo jak nie, to marnie skończę swoje życie, które tak trudno zakończyć. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze (jakże ostatnio często to robiłam) i już miałam plan. Wiedziałam, co muszę zrobić. Na początku…
______________________________
Do następnego wpisu!
Wasza Amy...