Nowy wpis ukazuje się z poślizgiem, za co bardzo przepraszam, ale jeden dzień zwłoki to chyba niewielka tragedia :)
Następny wpis dodam 20 czerwca. 18 jest wystawianie ocen w mojej szkole- powiało grozą :D Powodzenia w Waszych szkolnych staraniach! :*
Życzę miłego czytania! :)
_______________________________
Moje snucie
planów na odkręcenie całej beznadziejnej sytuacji, przerwał dzwonek do drzwi. Nie miałam siły wstać, tym bardziej,
że nie wiedziałam, kto przyszedł. Spodziewałam się kolejnego ataku ze strony
demonów, ale o dziwo, tak się nie stało. Nie otworzyłam. Po chwili i tak
usłyszałam, jak ktoś wszedł do środka. Bałam się, jednak nie mogłam się nawet
ruszyć. Sparaliżował mnie ból w lewej ręce pod grubym i twardym gipsem oraz
nagłe ukłucie w klatce piersiowej. Rana na powrót się otworzyła. Bandaż
przesiąkł krwią. Nie obchodziło mnie to. Mogłam się tutaj wykrwawić, już i tak
wszystko schrzaniłam. Wiedziałam zresztą, że za chwilę, krwotok i tak ustanie.
Po kilku
minutach usłyszałam szczęk otwieranych drzwi, a także głośne skrzypienie przez
nienaoliwione zawiasy. Do pokoju wszedł zupełnie niespodziewany gość. Musiałam
wyglądać okropnie. Leżałam na podłodze, ledwie podnosząc do góry głowę, która
nagle stała się dla mnie okrutnie ciężka, z mokrego bandażu zaczęło przeciekać
coś czerwonego, a do tego dochodziła ręka w gipsie, który bynajmniej nie
przypominał już białego koloru. Nosił na sobie, nie tylko oznaki zwykłego
użytkowania czy brudu, ale także drobne kropelki krwi, które teraz zakrzepły i
utworzyły czarne kropki.
-Podnieś się,
przecież jesteś silna- cichy, znajomy szept dotarł do moich uszu. Poczułam, jak
ktoś chwycił mnie pod pachy i pomógł usiąść na łóżku. Moje ciało było zupełnie
bezwładne. Zamiast utrzymać się w pozycji siedzącej, tak jak chciałam, od razu
opadłam na zgniecioną kołdrę i poduszki. Leżałam i wpatrywałam się w ciemne
oczy szefa.
-Co szef…-
wychrypiałam. Nie zdążyłam dokończyć pytania. Na szczęście zrozumiał, co mnie
dręczyło.
-Wszyscy
Zmienni mają w swoich nadgarstkach coś na znak mapy, która pokazuje mi, gdzie
znajduje się w danej chwili. Dzięki temu cię znalazłem, a poza tym dowiedziałem
się o ataku. Bardzo mi przykro, Lizzy.- mówił, używając do rozmowy mojego
pseudonimu z pracy. Nigdy nie chciał zwracać się do mnie prawdziwym
imieniem.-Demon, który cię zaatakował nie pochodzi z mojego stowarzyszenia
demonów. Nie spodziewałam się, że przybędzie jeszcze ktoś, komu zacznie zależeć
na śmierci twojej ofiary.
-Może
chodziło mu o mnie?- mój głos się polepszył, kiedy wypiłam połowę szklanki
wody.
-Nie wiem,
może. Nie rozumiem tylko, po co. Nie jesteś wyjątkowa.
-Dzięki-
mruknęłam z sarkazmem.
-Wiesz, o co
mi chodzi.- powiedział zirytowany.-Posłuchaj: trudno jest kogoś całkowicie
uzdrowić, tym bardziej, że do twojego ciała dostała się trucizna.
-Trucizna?-
popatrzyłam na niego z niedowierzaniem i przerażeniem w oczach.
-Chyba bywało
już gorzej, a nawet wtedy nie bałaś się, aż tak jak teraz. Ale prawda jest
taka, że demon nie użył wobec ciebie zwykłej broni. Nie mam pojęcia, od kogo
otrzymał tak silną klątwę, która cię zraniła. Musiał wypowiedzieć te słowa
bardzo cicho albo nawet w myślach. Tylko, że takie zaklęcia działają jedynie z
ust najsilniejszych magów. Chyba, że…
-Że co?- nie
wytrzymałam.
-Mógł być
mieszańcem.
Odpowiedź
szefa zbiła mnie z tropu. Już samo pojawienie się go w takiej chwili uważałam
za coś bardzo dziwnego, wręcz podejrzanego, ale jego pomysły dawały mi dużo do
myślenia.
-W takim
razie nie mógłby należeć do żadnego stowarzyszenia. Nikt nigdy nie chce mieć u
siebie mieszańców, bo są nieprzewidywalni i nigdy nie służą uczciwie swym
panom.
-To prawda.
To jednak wyjaśniałoby jego zręczność oraz potężne zaklęcie, które może cię
zabić. Krew demona oraz krew maga to nie taka błaha sprawa.
Zatrzymałam
się przy słowach, które oznaczały dla mnie śmierć. Nie chciałam umrzeć, nie
teraz, kiedy większość rzeczy zaczęła nabierać jakiegokolwiek sensu. Chociaż
obecna myśl, jaka przyszła mi do głowy, tylko zmroziła mi krew w żyłach.
Pojawienie się mieszańca oznaczało zarazem powrót mego ukochanego z pierwszej
miłości, a to prowadziło dalej do wielu śmierci, a może nawet wytępienia
wszystkich stworzeń, które nie byłyby takie jak on. Demony, ludzie czy
Opiekunowie- wszyscy z nich straciliby życie. Przeżyliby tylko mieszańcy.
-Lizzy, czy
ty mnie w ogóle słuchasz?- powątpiewający i nieco gniewny głos szefa wreszcie
dotarł do moich uszu.
-Nie, znaczy
tak, znaczy… Ech, nieważne.- poddałam się zbędnym tłumaczeniom.- Zastanawiam
się, czy to ma związek z… sam wiesz, kim.- wydukałam.
-Przecież on
zginął!- szef niemal krzyknął te słowa, rzucając mi zirytowane spojrzenie.
-Owszem, ale
czasem mieszańcy ożywiają. To jedno z ich przekleństw. „Wielu z was pozostanie
nieśmiertelnymi i będzie się ukrywać przed światem”- tak mówił Wielmożny
Doktor.
-Naprawdę go
słuchałaś, Lizzy? Przecież już stracił swoje stanowisko!
Naszą rozmowę
przerwał huk. Dlaczego wciąż działo się coś takiego? Spojrzałam w stronę
otwartych na oścież drzwi, prowadzących do sypialni, ale niczego nie
zobaczyłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że ten hałas tylko sobie
wyobraziłam. Szef mówił dalej, chociaż posyłał mi zatroskane spojrzenie, a ja
nie słyszałam nic z tego, co wypowiadał. Widziałam jak jego usta się poruszają,
widziałam jak wstał i złapał mnie za odrętwiały nadgarstek, widziałam jak lekko
uderzył mnie dłonią w policzek. Ale te wszystkie ruchy jedynie rejestrował mój
zmysł wzroku. Przeraziła mnie perspektywa, że właśnie tracę słuch. Ból
spowodowany spoliczkowaniem również dotarł do mnie zaledwie w połowie.
Spojrzałam z przerażeniem na szefa. Jeszcze nigdy się tak nie bałam. Otworzyłam
usta, aby powiedzieć, co się ze mną dzieje, ale pozostały otwarte i bezwładne.
Nie czułam ich. Nie mogłam nic mówić, nic nie słyszałam, zewnętrzne bodźce
czułam tylko trochę. Ogarniała mnie panika. Czy zaczęłam tracić zmysły?! Czy
tak działała trucizna, jaką zaatakował mnie demon?! Czy właśnie miałam umrzeć?!
Moje oczy zarejestrowały ostatni obraz z pokoju, który powoli ogarniał mrok:
tajemniczą sylwetkę człowieka, który podbiegł do mojego łóżka, złapał mnie za
nadgarstek. Nie udało mi się rozpoznać rysów jego twarzy. Powieki mimowolnie mi
opadły, a ja nie mogłam już walczyć przeciwko własnemu ciału. Poddałam się, ale
właśnie wtedy…
__________________________
Do następnego wpisu! ;)
Wasza Amy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz