niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 15

Hejo! :D Dzisiaj wrzucam już 15 rozdział :) Jeśli się spodoba, to piszcie tutaj : skrytobojczyni.lena@op.pl
Nowy wpis ukazuje się z poślizgiem, za co bardzo przepraszam, ale jeden dzień zwłoki to chyba niewielka tragedia :) 
Następny wpis dodam 20 czerwca. 18 jest wystawianie ocen w mojej szkole- powiało grozą :D Powodzenia w Waszych szkolnych staraniach! :*
Życzę miłego czytania! :)
_______________________________
Moje snucie planów na odkręcenie całej beznadziejnej sytuacji, przerwał dzwonek do  drzwi. Nie miałam siły wstać, tym bardziej, że nie wiedziałam, kto przyszedł. Spodziewałam się kolejnego ataku ze strony demonów, ale o dziwo, tak się nie stało. Nie otworzyłam. Po chwili i tak usłyszałam, jak ktoś wszedł do środka. Bałam się, jednak nie mogłam się nawet ruszyć. Sparaliżował mnie ból w lewej ręce pod grubym i twardym gipsem oraz nagłe ukłucie w klatce piersiowej. Rana na powrót się otworzyła. Bandaż przesiąkł krwią. Nie obchodziło mnie to. Mogłam się tutaj wykrwawić, już i tak wszystko schrzaniłam. Wiedziałam zresztą, że za chwilę, krwotok i tak ustanie.
Po kilku minutach usłyszałam szczęk otwieranych drzwi, a także głośne skrzypienie przez nienaoliwione zawiasy. Do pokoju wszedł zupełnie niespodziewany gość. Musiałam wyglądać okropnie. Leżałam na podłodze, ledwie podnosząc do góry głowę, która nagle stała się dla mnie okrutnie ciężka, z mokrego bandażu zaczęło przeciekać coś czerwonego, a do tego dochodziła ręka w gipsie, który bynajmniej nie przypominał już białego koloru. Nosił na sobie, nie tylko oznaki zwykłego użytkowania czy brudu, ale także drobne kropelki krwi, które teraz zakrzepły i utworzyły czarne kropki.
-Podnieś się, przecież jesteś silna- cichy, znajomy szept dotarł do moich uszu. Poczułam, jak ktoś chwycił mnie pod pachy i pomógł usiąść na łóżku. Moje ciało było zupełnie bezwładne. Zamiast utrzymać się w pozycji siedzącej, tak jak chciałam, od razu opadłam na zgniecioną kołdrę i poduszki. Leżałam i wpatrywałam się w ciemne oczy szefa.
-Co szef…- wychrypiałam. Nie zdążyłam dokończyć pytania. Na szczęście zrozumiał, co mnie dręczyło.
-Wszyscy Zmienni mają w swoich nadgarstkach coś na znak mapy, która pokazuje mi, gdzie znajduje się w danej chwili. Dzięki temu cię znalazłem, a poza tym dowiedziałem się o ataku. Bardzo mi przykro, Lizzy.- mówił, używając do rozmowy mojego pseudonimu z pracy. Nigdy nie chciał zwracać się do mnie prawdziwym imieniem.-Demon, który cię zaatakował nie pochodzi z mojego stowarzyszenia demonów. Nie spodziewałam się, że przybędzie jeszcze ktoś, komu zacznie zależeć na śmierci twojej ofiary.
-Może chodziło mu o mnie?- mój głos się polepszył, kiedy wypiłam połowę szklanki wody.
-Nie wiem, może. Nie rozumiem tylko, po co. Nie jesteś wyjątkowa.
-Dzięki- mruknęłam z sarkazmem.
-Wiesz, o co mi chodzi.- powiedział zirytowany.-Posłuchaj: trudno jest kogoś całkowicie uzdrowić, tym bardziej, że do twojego ciała dostała się trucizna.
-Trucizna?- popatrzyłam na niego z niedowierzaniem i przerażeniem w oczach.
-Chyba bywało już gorzej, a nawet wtedy nie bałaś się, aż tak jak teraz. Ale prawda jest taka, że demon nie użył wobec ciebie zwykłej broni. Nie mam pojęcia, od kogo otrzymał tak silną klątwę, która cię zraniła. Musiał wypowiedzieć te słowa bardzo cicho albo nawet w myślach. Tylko, że takie zaklęcia działają jedynie z ust najsilniejszych magów. Chyba, że…
-Że co?- nie wytrzymałam.
-Mógł być mieszańcem.
Odpowiedź szefa zbiła mnie z tropu. Już samo pojawienie się go w takiej chwili uważałam za coś bardzo dziwnego, wręcz podejrzanego, ale jego pomysły dawały mi dużo do myślenia.
-W takim razie nie mógłby należeć do żadnego stowarzyszenia. Nikt nigdy nie chce mieć u siebie mieszańców, bo są nieprzewidywalni i nigdy nie służą uczciwie swym panom.
-To prawda. To jednak wyjaśniałoby jego zręczność oraz potężne zaklęcie, które może cię zabić. Krew demona oraz krew maga to nie taka błaha sprawa.
Zatrzymałam się przy słowach, które oznaczały dla mnie śmierć. Nie chciałam umrzeć, nie teraz, kiedy większość rzeczy zaczęła nabierać jakiegokolwiek sensu. Chociaż obecna myśl, jaka przyszła mi do głowy, tylko zmroziła mi krew w żyłach. Pojawienie się mieszańca oznaczało zarazem powrót mego ukochanego z pierwszej miłości, a to prowadziło dalej do wielu śmierci, a może nawet wytępienia wszystkich stworzeń, które nie byłyby takie jak on. Demony, ludzie czy Opiekunowie- wszyscy z nich straciliby życie. Przeżyliby tylko mieszańcy.
-Lizzy, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- powątpiewający i nieco gniewny głos szefa wreszcie dotarł do moich uszu.
-Nie, znaczy tak, znaczy… Ech, nieważne.- poddałam się zbędnym tłumaczeniom.- Zastanawiam się, czy to ma związek z… sam wiesz, kim.- wydukałam.
-Przecież on zginął!- szef niemal krzyknął te słowa, rzucając mi zirytowane spojrzenie.
-Owszem, ale czasem mieszańcy ożywiają. To jedno z ich przekleństw. „Wielu z was pozostanie nieśmiertelnymi i będzie się ukrywać przed światem”- tak mówił Wielmożny Doktor.
-Naprawdę go słuchałaś, Lizzy? Przecież już stracił swoje stanowisko!

Naszą rozmowę przerwał huk. Dlaczego wciąż działo się coś takiego? Spojrzałam w stronę otwartych na oścież drzwi, prowadzących do sypialni, ale niczego nie zobaczyłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że ten hałas tylko sobie wyobraziłam. Szef mówił dalej, chociaż posyłał mi zatroskane spojrzenie, a ja nie słyszałam nic z tego, co wypowiadał. Widziałam jak jego usta się poruszają, widziałam jak wstał i złapał mnie za odrętwiały nadgarstek, widziałam jak lekko uderzył mnie dłonią w policzek. Ale te wszystkie ruchy jedynie rejestrował mój zmysł wzroku. Przeraziła mnie perspektywa, że właśnie tracę słuch. Ból spowodowany spoliczkowaniem również dotarł do mnie zaledwie w połowie. Spojrzałam z przerażeniem na szefa. Jeszcze nigdy się tak nie bałam. Otworzyłam usta, aby powiedzieć, co się ze mną dzieje, ale pozostały otwarte i bezwładne. Nie czułam ich. Nie mogłam nic mówić, nic nie słyszałam, zewnętrzne bodźce czułam tylko trochę. Ogarniała mnie panika. Czy zaczęłam tracić zmysły?! Czy tak działała trucizna, jaką zaatakował mnie demon?! Czy właśnie miałam umrzeć?! Moje oczy zarejestrowały ostatni obraz z pokoju, który powoli ogarniał mrok: tajemniczą sylwetkę człowieka, który podbiegł do mojego łóżka, złapał mnie za nadgarstek. Nie udało mi się rozpoznać rysów jego twarzy. Powieki mimowolnie mi opadły, a ja nie mogłam już walczyć przeciwko własnemu ciału. Poddałam się, ale właśnie wtedy…
__________________________
Do następnego wpisu! ;)
Wasza Amy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz